Włosy idą na wesele

11/13/2014 11:34:00 PM

Niestety, nie mam zdjęć samej fryzury z wesel, ale uwierzcie mi na słowo, że była to ta (klik), tylko solidniej wykonana, oraz wariacja na temat tiary.

Trochę się bałam tego pierwszego, niepotrzebnie. Ostatecznie przeżyłam dwa i nazbierało mi się kilka refleksji na temat: co zrobić z włosami na weselu?

Nie mam na myśli samej tylko fryzury, ale do niej też dojdę. Ot, trochę luźnych i niepowiązanych przemyśleń. Zapraszam!

Jak ochronić włosy?
Użyłam serum olejowego Gliss Kur - nie tylko po to, żeby zabezpieczyć końce, ale i po to, by włosy były gładsze. Zaplotłam w upięcie przy pomocy sprayu - złotego, również Gliss Kur - żeby włosy nie sterczały i mnie na pewno słuchały. Generalnie nie wyobrażam sobie robić fryzurę bez uprzedniego zabezpieczenia jakimś serum.

Jak zabezpieczyć fryzurę?
Lakierem ;) Obficie spryskałam włosy (użyłam Syoss piątki, bo taki miałam w domu) z pewnej odległości - nie całość, ale krok po kroku: jeśli fryzura wymagała zaplecenia warkocza, a potem przypięcia go, najpierw psikałam sam warkocz, a potem podpięcie, osłaniając te części głowy, które już raz psikałam.
Moja druga fryzura - łańcuch - wymagała dodatkowego posiłkowania się pastą do włosów (Got2Be). Dosłownie dotykałam jej palcem i przesuwałam po kosmykach, żeby potem nie strzępiły się w trakcie zawiązywania na supeł. Dodatkowo kok wymagał szpilek, których czubki przed wysuwaniem zabezpieczyłam małymi ozdobnymi wkrętkami do włosów - ładnie i praktycznie.
Moim zdaniem lakier załatwia sprawę. Dzięki niemu różnorakie szpilki, wsuwki, spinki i co tam jeszcze zostają na miejscu. Trzeba tylko uważać, żeby nie przesadzić. Zbyt mocno polakierowane włosy wyglądają jak nieumyte; taki mój luksus czesania się samej, że dzięki temu fryzjerka nie wylewała go wiadrami po każdej czynności - mogłam nałożyć tyle, ile chciałam, i tyle, ile wiedziałam, że potrzebują moje włosy.

Jak pozbyć się tego całego lakieru?!
Zakładam, że wykluczamy mycie włosów w środku nocy lub nad ranem, a przed nami drugi dzień: jakiś obiad albo luźniejsze spotkanie. Nie wyobrażam sobie też spania we fryzurze albo nieogarniętych włosach.
Moim "patentem" i ratownikiem okazał się TT: po wyciągnięciu wszystkiego z włosów i rozpleceniu, co było do rozplecenia, pod strumieniem wody moczyłam całą szczotkę - i tak po każdym pociągnięciu, przynajmniej przy skórze głowy. Zajmuje trochę czasu i na pewno nie nadaje się, jeśli pijesz więcej niż ja - ale zawsze możesz to zrobić rano. Warto - moje włosy po dosyć sporej ilości mocnego lakieru zostały tak wyczesane i na drugi dzień mogłam spokojnie chodzić w rozpuszczonych i wyglądać świeżo.
W ten oto sposób moje włosy przeżyły do drugiego dnia i wywołałam zdumienie, że jak to, gdzie były te wszystkie włosy wczoraj? W upięciu ;)


A co w trakcie?
Nic. Poprawianie im nie służy. Jak już raz przyklei je lakier, to na pewno tak zostaną. Upewniałam się jeno, czy wszystkie szpilki zostają na miejscu. 


Dlaczego nie poszłam w rozpuszczonych?
Miałam dylemat: chwalić się długością czy umiejętnościami. Padło na to drugie - i bardzo dobrze. To za pierwszym razem. Za drugim decyzja była już bardziej świadoma: nie uważam, by pójście w rozpuszczonych czy półupiętych włosach było dobrym pomysłem. Na weselu czeka nas dużo dziwnych albo bardzo dziwnych rzeczy, dużo rzeczy, nad którymi nie mamy kontroli, dużo niebezpieczeństw dla włosów, mówiąc krótko. Tu szarpnie, tu zaczepi, tu pociągnie, tu to, tu tamto... Ja wolałam nie ryzykować. Pewnie krótsze włosy nie byłyby tak narażone - ja na swoich siadam, co znaczy, że jest ich wszędzie wokół mnóstwo i one mnie nie słuchają. Bałam się więc, że moim wypieszczonym włosom coś się zwyczajnie stanie. Nie i już.
Wiem, że to może być zaskakujące: taka okazja, a ja chowam. Okazji będzie więcej, a nie jest to dla mnie aż tak istotne. Może na własne wesele pójdę w rozpuszczonych... kiedyśtam :)
Upięcia są też zwyczajnie praktyczniejsze. Wiesz, gdzie są twoje włosy i jak wyglądają. Generalnie nie powinny dziwnie się ułożyć ani w tańcu, ani do zdjęcia, ani nie wpadną do tego nieszczęsnego rosołu. Nie musisz martwić się, czy wyglądasz dobrze - bo wyglądasz w miarę tak samo od początku wesela. Porządne eleganckie upięcie wygląda... porządnie i elegancko. Kobieco. Zgrabnie. I co tam jeszcze, zależy od upięcia, oczywiście. Luźne, boho, messy i artystyczne niełady o wiele łatwiej zamienią się w katastrofę i nieład absolutnie nieartystyczny. Zalet jest duuużo.

Jakie fryzury widziałam?
W razie gdyby ktoś był nie na czasie, a chciał wiedzieć ;) Obserwowanie i ocenianie (zboczenie fryzurowe!) uczesania innych weszło mi w krew i było doskonałą rozrywką. No bo i okazje nie byle jakie!
Królowały półupięcia. Upięcia na bok, znaczy się. Natychmiast zatem pogratulowałam sobie, że się rozmyśliłam i zrobiłam coś innego. Polakierowane loki w ramach luźnej części, poupinane loki, ewentualnie warkocze w ramach części przy głowie. Żadnych fajerwerków. Dużo wsuwek.
Pani młoda numer jeden miała wpięte w część przy głowie kwiaty i to było bardzo ładne rozwiązanie, ożywiające tę fryzurę. Pani młoda numer dwa miała włosy upięte, schowane pod welonem, to się nie napatrzyłam ;)
Rozpuszczone też były, ale najwyżej do ramion. I słusznie. Dłuższe mogłyby być trudne do ogarnięcia. Ale rozpuszczone włosy to jednak luksus i estetyka, i zazdroszczę, ale nie na tyle, żeby rozpuścić swoje.

Jakie fryzury ja bym zrobiła?
No, pewnie takie, jak by chciały zaproszone na wesele panie... Ale miałabym parę uwag.
Upięcie. To raczej na pewno. Chociaż jakieś półupięcie, podpięcie, coś. Odradziłabym to nieszczęsne półupięcie na bok, bo już wystarczy - chyba że typ włosów czy urody byłby do tego stworzony.
Powstrzymałabym się z lakierem i lokami. Może fale, co? Albo delikatny skręt.
Wbrew temu, co mówiłam o artystycznym nieładzie, chętnie zrobiłabym jakiegoś kłosa.
Reszta zależy od indywidualnych cech, o wiele łatwiej mi wymyślić fryzury, kiedy na kogoś patrzę - co też czyniłam często a gęsto, bo wesele jest od tego, by się bawić.

W skrócie: upięcia. Zabezpieczamy włosy i ograniczamy lakier. Półupięcie na bok było już tysiąc razy. Lakier wyczeszemy porządnie namoczonym TT.

A Wy? Co robicie na weselach? ;) 

Zobacz również

2 komentarze

  1. Już od kilku lat przestałam walczyć z naturą i wiem że z moich włosów ładne fryzury nie wychodzą. Dlatego chodze w rozpuszczonych i wyprostowanych co najwyżej. Na swoim weselu też tak miałam - wyprostowane i rozpuszczone. Wtedy je miałam do linii stanika, nie przeszkadzały mi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdy miałam zdrowsze i gęstsze włosy to przychodziłam w rozpuszczonych. Patentem był maleńki męski grzebień schowany w marynarce, używany co kilka godzin by rozczesać strąkujące pasma.
    Potem miałam okres gdy włosy rozjaśnione, wiórowate kręciłam wałkami do trwałej i robiłam upięcie "elfickie" z grzywki na wysokości uszu.
    Aktualnie zdecydowałabym na jeden mały dobierany asymetryczny warkocz z grzywki "przeprowadzony za ucho". Tylko że nie bardzo umiem dobierańce i prosiłabym jakąś seniorkę z rodziny o pomoc. Pamiętam jak babcia w moim dzieciństwie robiła mi coś o nazwie koszyczek. Podobają mi się też małe spinki- broszki z kwiatkami z tkaniny.

    OdpowiedzUsuń

Polub mnie na Facebooku